To był dobry weekend. Towarzyski. Zosię zawsze otaczało dużo ludzi, nasz dom jest domem otwartym. Jednak ona do tej pory bywała u Dziadków, u mojego Brata i u Prababci. W ten weekend wybraliśmy się w trójkę do znajomych. Było świetnie, Zosia była spokojna, zadowolona, roześmiana, znajomi zachwyceni :) było wspólne jedzenie, granie, spacerowanie.. dobry czas! Były też spacery rodzinne w pięknym Tyńcu. W niedzielę mikropodróż (lubię to określenie, według mnie nawet w okolicach domu można odbywać podróże, grunt to się przemieszczać i poznawać nowe miejsca, a nawet pod nosem znajdą się takie!) do Woli Radziszowskiej. Piękna wioska, ze ślicznym drewnianym kościółkiem, w którym był nasz Ślub i w której kiedyś marzy nam się zamieszkać (kawałek ziemi już jest :)). Nasza trójka plus ukochana Mama Chrzestna Zosi (Chrzciny już tuż tuż). I obiad testujący w Restauracji, w której będą Chrzciny. Fajne miejsce, skromne, domowe, masa dzieciaków, które mogą na miejscu same robić pizze. Dobry weekend. Intensywny, w doborowym towarzystwie- takie lubię najbardziej. Zosia miała długie drzemki w czasie spacerów, w Restauracji też była zadowolona, a w niedzielę wieczorem padła jak mucha ;) Moim zdaniem dziecko do małego trzeba zabierać wszędzie, rozbudzać w nim ciekawość świata już od jego pierwszych miesięcy :)
Ach... i najważniejsze! W niedzielę, już w domku, gdy Tatuś zaczął się wygłupiać i rozśmieszać Zosię, Mała zaczęła długo i głośno się śmiać! To nie był pierwszy raz, ale po raz pierwszy tak długo i tak radośnie, i tak pełną buzią i pełnym głosem! Byłam oczarowana!
Marysia